Sto lat...
Nie ma to jak Kinderbal! Wesoło, kolorowo i wkoło pełno roześmianych dzieci.
- To 5 urodziny Piotrusia. Gdyby nie ty... jej głos zatrzymał się nagle.
Przestań! Każdy zachowałby się tak samo! Nie ma o czym gadać. Nie lubię robić z siebie bohatera. Nawet bym nie chciał. Ale ta świadomość uratowania komuś życia.
Komuś – dziecku! Przyznam, że wtedy brakowało mi profesjonalnego podejścia. Bałem się. Można powiedzieć, że obaj mieliśmy szczęście. A nie o to tu chodzi.
Po tamtym wydarzeniu przestudiowałem podręczniki z pierwszą pomocą.
Ukończyłem nawet kurs. Kiedyś dużo słyszałem na ten temat. W szkole i w mediach. Pamiętam lekcje P.O.
Boże, jakie wydawały się nudne! I ten nasz profesor z kosmosu!
I jego słowa : „Życie jest najważniejsze. Czasem decydują minuty, sekundy”. Lekcje pierwszej pomocy:
więcej było śmiechu i żartów. Ale coś zapamiętałem...
Grill, zabawa, pyszne jedzenie, zimne piwo. I dzieci. Nikt nie wie, kiedy i jak 4 letnie dziecko mogło zadławić się jedzeniem.
- On się dusi! Pamiętam jego oczy i sine usta i ten dźwięk, który z siebie wydawał i nagle przestał...
Zaraz, jak to było?
Uderzenie między łopatki? Jest metoda, dziecku trzeba uciskać brzuch.
Do dziś mam w głowie krzyki „On nie oddycha!”. Metoda usta - usta! Trzeba przepchać ciało obce! I ten zbawienny dźwięk syreny karetki! Pozycja boczna...-
Uratował pan życie temu dziecku! Ja próbowałem, udało się. Teraz wiem i powiem to każdemu, najważniejsza jest znajomość podstaw pierwszej pomocy.
- Dzieci! Tort. Chodźcie tort! „Sto lat, sto lat! Niech żyje, żyje nam!”


